Kilka tygodni temu udało mi się rzucić wyzwanie odwiecznemu prawu natury. Z pokoju obok wybiegła nastoletnia córka i nakazała mi ściszyć muzykę.

– Ale córeczko… – próbowałem nieśmiało protestować. – Przecież to jest debiut Guns N’ Roses, tego nie da się słuchać cicho!

Randka z bestią

Na co dzień o Guns N’ Roses nie pamiętam, przestałem ich lubić już na etapie megalomanii „Use Your Illusion”, na koncercie nie byłem. Ale „Appetite For Destruction” to zupełnie inna historia. Kto po raz pierwszy sięgnie po nią dzisiaj, być może usłyszy tylko zbiór wyliniałych rockandrollowych przebojów, ale kiedy ta płyta się ukazała, brzmiała tak, jak się nazywała. Jak przebudzenie bestii, która chce pożreć wszystko, co stanie na jej drodze.

Był w tym nie tylko talent do układania chwytliwych piosenek, ale też niespożyta energia i ten rodzaj straceńczej bezkompromisowości, którą mają tylko smarkacze przekonani, że nie mają nic do stracenia. Debiut Guns N’ Roses to jedna z kilku płyt, które można by umieścić w Sèvres, w gablocie z wzorcem muzyki rockowej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej