Używki – również te legalne – to nic dobrego. Mogą zniszczyć relacje międzyludzkie, opróżnić portfel, zrujnować zdrowie, a nawet zabić. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie po używki sięgają. Jedni po to, żeby coś poczuć, inni – by nie czuć niczego. W tej drugiej grupie, która próbuje ból istnienia utopić w alkoholu albo zagłuszyć narkotykami, często można trafić na artystów. Wyśrubowana wrażliwość, przydatna na scenie czy w pracowni plastycznej, może być trudnym do udźwignięcia ciężarem w codziennym życiu. Większość się z tym kryje, a już na pewno nie afiszuje, bo mało kto lubi publicznie omawiać swoje słabości.

Artyści mają jednak tę przewagę nad zwykłymi śmiertelnikami, że mogą o swoich przygodach z chemią opowiadać bez konsekwencji. Trudno sobie wyobrazić, że do przygody z kokainą czy choćby palenia trawy przyznaje się polityk, nauczyciel czy prezes spółki giełdowej. Artystom wolno. Pozwalamy im na ryzykowane zachowania niejako w naszym imieniu, po cichu licząc na to, że przełożą swoje doświadczenia na język sztuki, a my będziemy mogli z tego bezpiecznie korzystać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej