Chociaż nie urodził się ani nie wychował w Polsce − jego dziadkowie wyemigrowali do Palestyny jeszcze przed wybuchem II wojny światowej − Noam Zylberberg może o sobie powiedzieć, że jest najprawdziwszym warszawiakiem.

Polską muzyką przedwojenną, a właściwie wczesną muzyką rozrywkową zainteresował się jeszcze w Izraelu. Nie była to miłość od pierwszego usłyszenia. – Szukałem informacji o Toli Mankiewiczównie, żonie Tadeusza Raabego, kuzyna mojej babci. Natknąłem się na jej wykonanie „Odrobinę szczęścia w miłości” w filmie „Co mój mąż robi w nocy?”, w którym grała. Piosenka wydawała mi się wtedy śmieszna i kiczowata. Nie spodobała mi się – mówi.

Musiało minąć kilka lat, by Noam spojrzał inaczej na warszawskie tanga. Na pewno pomogło w tym to, że zaczął się uczyć w Instytucie Polskim języka dziadków. Choć, jak wspominał w jednym z wywiadów, rozmawiał z nimi tylko po hebrajsku.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej