To nie jest kolejna płyta ze znalezionym w archiwum zapisem koncertu. Nie jest to też fanowski bootleg ani kolekcja niepublikowanych wcześniej ścinków z innych sesji, wersji alternatywnych lub odrzuconych. „Both Directions at Once: The Lost Album” to pełnowymiarowy longplay nagrany przez artystę u szczytu możliwości, popularnego i świetnie opłacanego. Album, który zniknął z rejestrów i ludzkiej pamięci, jakby nigdy nie powstał.

Do czego porównać to znalezisko? To tak, jakby ktoś niespodziewanie odnalazł zapis X symfonii Beethovena, zapomniany album Beatlesów, Nirvany albo Tupaca.

Wszyscy kochają Trane'a

Jest rok 1963 r. Kwartet 37-letniego saksofonisty, z pianistą McCoy Tynerem, kontrabasistą Jimmym Garrisonem i perkusistą Elvinem Jonesem, jest jednym z najbardziej rozchwytywanych zespołów jazzowych świata. Lider słynie z unikalnego stylu i brzmienia, ma dobry kontrakt z dużą wytwórnią (Impulse! Records to jazzowa przybudówka koncernu ABC-Paramount), ale coś jest nie tak. W wywiadach mówi, że nieco się pogubił w poszukiwaniach, że niepokoi go inwazja lichej muzyki pop, a szefowie naciskają, by nagrywał płyty możliwie przyjazne dla mniej wyrobionej publiczności.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej