„Gdy my jesteśmy, śmierci nie ma. Gdy ona jest, nas już nie ma” – pisał 2,3 tys. lat temu Epikur. Czasem jest coś pośrodku. A czasem śmierć musi ustąpić – przed wolą życia i przed miłością.

Śmierć przychodziła po Dominika Połońskiego kilkakrotnie. Pierwszy raz, gdy miał 27 lat i był u progu światowej kariery. Przybrała postać złośliwego guza mózgu, glejaka gwiaździstego. Lekarze usunęli nowotwór, ale ten się odrodził. Druga operacja – to samo. Potem przyszły jeszcze dwie, podczas czwartej chirurdzy usunęli z mózgu 8 cm guza razem z częścią prawej półkuli. A między operacjami były wycieńczające chemioterapie, radioterapie.

Wreszcie śmierć została przepędzona. Jakim kosztem? Lewa strona ciała Dominika była sparaliżowana. Miał już nigdy nie chodzić. I nigdy nie zagrać na wiolonczeli.

– Lekarze podczas kolejnych operacji mówili, że nie będą starali się zachować moich możliwości ruchowych, bo dla nich najważniejsze jest moje życie – opowiadał. – Nie zdawali sobie sprawy, że wraz z rozstaniem z wiolonczelą moje życie straciłoby sens.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej