Kiedy piszę te słowa, King Crimson mają już za sobą dwa koncerty w Poznaniu, a w planach kolejne trzy sztuki w Krakowie. Tym razem musiałem obejść się smakiem, ale w tym samym składzie i zapewne z bardzo zbliżonym programem widziałem ich niespełna dwa lata temu we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki.

CZYTAJ TAKŻE: inne felietony Jarka Szubrychta z cyklu "Wszystko w sam raz"

Jechałem tam, bo kto wie, może to ostatnia okazja, żeby zobaczyć King Crimson, którego lider już raz przechodził na emeryturę. Jechałem bez większych oczekiwań, a wręcz najeżony, bo mój ulubiony okres w muzyce King Crimson zaczyna się od „Discipline” i pojawienia się w zespole Adriana Belewa. A tu nie dość, że mieli grać niemal wyłącznie stare numery, to jeszcze bez Adriana, i w dodatku w składzie z trzema perkusjami.

Trzy pełne zestawy plus perkusjonalia – żeby być precyzyjnym. Wyobrażają sobie państwo większą megalomanię? Przecież tego nie da się ani sensownie zaaranżować, ani nagłośnić, chodzi więc najpewniej o to, by jak najwięcej pałeczek podbijało bębenka wybujałego ego Roberta Frippa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej