Jeśli Polska była najweselszym barakiem w komunistycznym obozie, to Robert Maksymilian Brylewski wylosował miejsce na najbardziej radosnej pryczy tego baraku.

Był dzieckiem tancerzy Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, jego rodzice dużo podróżowali po świecie, niejedno widzieli i opowiedzieli, siłą rzeczy mieli szersze horyzonty niż ci, którzy nigdy obozu – ani nawet baraku – nie opuszczali.

Praca w tak szanowanym zespole dawała też wymierne korzyści. Łatwiej było załatwić towary, pralkę czy lodówkę albo – rzecz z punktu widzenia kilkuletniego chłopca niezbędną! – miniaturowe autko, którym można było kierować jak prawdziwym.

Dorastanie wśród artystów oznaczało także chłonięcie inspiracji i niewyczerpanej energii, jaką generuje wspólnota. Dom był otwarty, bywali w nim znakomici goście, odbywały się biesiady i głośne rozmowy na wszelkie tematy. Brylewski wspominał po latach, że Słonecznej Republiki – którą w pałacu w Koszęcinie stworzył Stanisław Hadyna i w której Robert spędził kilka pierwszych lat życia – komunizm nie dotyczył. I to tam wykształcił w sobie takie umiłowanie wolności, że nie wybiła mu go później z głowy ani pała zomowca, ani niewidzialna, ale nie mniej ciężka ręka rynku.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej