„Muzyka będzie płynąć jak woda albo elektryczność” – twierdził David Bowie w wywiadzie udzielonym dziennikowi „The New York Times” u progu nowego stulecia. Cóż, mowa o człowieku, który przez kilka dekad najlepiej wychwytywał i rozumiał nowe trendy, z tej rzadkiej zdolności uczynił swoje artystyczne modus operandi. Przewidział więc też pojawienie się i sukces serwisów streamingowych. Szacunek.

Bowie uważał, że jak już ludzkość odkręci owe krany z muzyką, to przyjdzie powódź, która zatopi branżę fonograficzną – i tu się pomylił. Nie docenił zdolności adaptacyjnych, którymi wykazali się nawet najwięksi gracze, najbardziej odporni na ewolucję. Sprawiali wrażenie takich, którzy prędzej zdechną, niż zmienią przyzwyczajenia, a jednak: po latach ignorowania internetu oraz groteskowych prób walki z żywiołem mejdżersi płyną z nurtem. Sony, Universal i Warner Music mają na przykład warte krocie udziały w serwisie Spotify.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej