Nie potrafię zliczyć, ile razy w ostatnich tygodniach rozmawiałem z różnymi ludźmi o „Retromanii” Simona Reynoldsa (tak, będę do tego obsesyjnie wracał, bo niezmiernie cieszy mnie polskie wydanie tej ważnej książki).

Ja robiłem zwykle za Kasandrę, utrzymując, że jesteśmy zgubieni i kultura nie ma przyszłości, a moi interlokutorzy – w tym sam autor „Retromanii” – wpuszczali do dyskusji promyczek nadziei. Ich ulubiona figura retoryczna to reductio ad Abbam. Polega ona na tym, że kiedy już zaczyna ci brakować argumentów, mówisz: „Co w takim razie powiesz o Abbie?

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej