Nie potrafię zliczyć, ile razy w ostatnich tygodniach rozmawiałem z różnymi ludźmi o „Retromanii” Simona Reynoldsa (tak, będę do tego obsesyjnie wracał, bo niezmiernie cieszy mnie polskie wydanie tej ważnej książki).

Ja robiłem zwykle za Kasandrę, utrzymując, że jesteśmy zgubieni i kultura nie ma przyszłości, a moi interlokutorzy – w tym sam autor „Retromanii” – wpuszczali do dyskusji promyczek nadziei. Ich ulubiona figura retoryczna to reductio ad Abbam. Polega ona na tym, że kiedy już zaczyna ci brakować argumentów, mówisz: „Co w takim razie powiesz o Abbie? Proponowano im miliony, ale oni nie zamierzają wrócić. Nie wszyscy wracają”.

„Nigdy więcej nie staniemy na scenie. Nie mamy motywacji, by się reaktywować. Pieniądze nie grają roli i chcemy, żeby ludzie zapamiętali nas takimi, jakimi byliśmy. Młodzi, pełni entuzjazmu i energii, ambitni” – zaklinał się jeszcze niedawno Björn Ulvaeus, czyli ćwiartka Abby, w wywiadzie dla „Sunday Telegraph”. Brałem to za dobrą monetę, bo nie umiałem wyczytać między wierszami, że muzycy Abby konstruują Golema.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej