Katarzyna Zielińska – płyty podpisująca jako Kasia Lins – zaczynała karierę jak wielu jej śpiewających rówieśników od udziału w telewizyjnym talent show. W 2013 r. wystąpiła w emitowanym na antenie TVN programie „X Factor”, podobała się, ale odpadła przed finałem. I tu właściwie kończy się w jej przypadku wszystko, co typowe. Dwudziestoletnia wokalistka miała już bowiem w kieszeni kontrakt płytowy, a w głowie plany podboju świata.

Z Nashville do Azji

Zaczęło się niewinnie, od nagrań demo domowej roboty, trzech piosenek zaśpiewanych w języku angielskim. Kasia rozesłała je do wytwórni płytowych – nie polskich jednak, bo doszła do wniosku, że tu musiałaby śpiewać w ojczystym języku. – Do Stanów też nie chciałam, bo wydawało mi się to wożeniem drewna do lasu, więc skierowałam się w przeciwną stronę i wysłałam demo do kilku azjatyckich firm. Nawiązałam kontakt z angielską wytwórnią działającą w Azji i to ona umożliwiła mi nagranie debiutanckiej płyty – wspomina.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej