To być może największy polski zespół XXI wieku. Objawili się kilkanaście lat temu w Płocku jako mistrzowie albumów z motywem przewodnim. W przypadku niedocenionego debiutu „Gusła” była to dzika słowiańszczyzna, w przypadku jednej z najważniejszych płyt w historii polskiego rocka „Powstanie warszawskie” – wiadomo.

Zespół, który się wymyka

Osiągnąwszy ogromny sukces, ekipa przeszła przyspieszony kurs uciekania od piętrzących się oczekiwań. Powstał jakby drugi, nowy zespół, stojący już wśród tzw. wielkich polskiego rocka – jak Kult, Hey, T.Love – ale wciąż najbardziej z tego szeregu wystający.

Nagrywali płyty niespętane założeniami, to znów wracali do koncept albumów. Postawili na analogowe brzmienia, ale nie porzucili żonglerki samplami. Chyba pragnęli, żeby nie dało się ich przyszpilić. Ze skutkiem między innymi takim, że ciężko z ręką na sercu wymienić jakikolwiek „przebój” Lao Che.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej