Barenboim to instytucja. Uchodzi za wielkiego interpretatora dzieł Ryszarda Wagnera, jest też wpływowym dyrektorem artystycznym berlińskiej Staatsoper. Niedawno skłonił władze stolicy Niemiec do wydania 400 mln euro na odnowienie zabytkowej siedziby tego teatru przy Unter den Linden.

Zadbał również o to, by miasto ufundowało siedzibę dla jego orkiestry West-Eastern Divan, i to w samym sercu Berlina. Nazywa się to Barenboim-Said Akademie, a sama orkiestra działała wcześniej bez siedziby jako wyraz pragnienia pojednania między Żydami i Arabami. Nawoływali do niego, również z Berlina, argentyński Żyd Barenboim i Edward Said, zmarły w 2003 r. palestyński teoretyk kultury. Połączyła ich miłość do sztuki – warto przeczytać ich fascynujące dialogi o muzyce i kulturze „Paralele i paradoksy”.

Zagrać Izraelczykom Wagnera

Barenboim ma coś do powiedzenia nie tylko o nutach. Nawołuje do pojednania, ale potrafi też wsadzić kij w mrowisko – jak w 2001 r., gdy w Jerozolimie zadyrygował fragmentem „Tristana i Izoldy” Richarda Wagnera, kompozytora całkowicie zakazanego w Izraelu. Zrobił to mimo braku zgody dyrektora Festiwalu Izraelskiego. Później tłumaczył, że chciał przekonać Izraelczyków do Wagnera, pokazać, jaka to genialna muzyka, i że powinni jej słuchać, choć jej twórca był bezwzględnym antysemitą. Barenboim, nawet gdy jedzie po bandzie, zawsze znajduje sprzymierzeńców.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej