Na naszych oczach odchodzi pokolenie rockandrollowych rewolucjonistów. Nic więc dziwnego, że powstają muzea, opasłe memuary, że wznosi się pomniki i wmurowuje tablice. To wszystko chwalebne, ale warto pamiętać, że muzyka nie może być eksponatem muzealnym. Nie da się jej ususzyć, zalać formaliną, zamknąć w gablocie. Muzyka to komunikacja, więc musi być grana, używana, musi rozbrzmiewać między ludźmi, bo bez tego podzieli los innych martwych języków.

Naśladować Niemena czy poprawiać

Nie bez powodu pozwoliłem sobie na taki wstęp do recenzji tej właśnie płyty. Czesław Niemen był bowiem artystą odważnym i poszukującym, którego imię wypowiada się z szacunkiem, ale którego dziś – mam wrażenie – właściwie się nie słucha, poza garścią największych hitów. Jeszcze mniej się go gra i śpiewa, jeśli nie liczyć zbrodniczych eksperymentów na „Dziwny jest ten świat” w talent show i chóralnego „Snu o Warszawie” na stadionie Legii. Nie da się tego tłumaczyć wyłącznie zaborczością rodziny, która życzy sobie kontrolować, w jakim wykonaniu i kontekście pojawia się jego repertuar i nazwisko.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej