Otwierające płytę „Arisen My Senses” jest świetne. Śpiew ptaków czy skrzek mew idzie o lepsze ze świergotem technologii przypominającym odgłosy wydawane przez robota R2-D2 z „Gwiezdnych wojen” (wróci to w innych utworach). Ponoć Björk wzięła te ostatnie dźwięki z nagrań muzyki wenezuelskiej z lat 70. W jej utworze harfa współgra z elektronicznym rytmem, a spokojny głos wokalistki multiplikuje się, podczas gdy wzbierają dźwięki muzyki. Mowa jest o pocałunku, zauroczeniu.

– To pierwsza piosenka napisana na ten album – opowiadała artystka w serwisie Pitchfork. – Ta melodia jest jak konstelacja na niebie, jest prawie jak optymistyczny bunt przeciw zwykłej, narracyjnej melodii. Nie ma jednej melodii, jest jakieś pięć. I uwielbiam to.

Tak będzie już niemal do końca. Harfa i powołany przez artystkę 12-osobowy zespół flecistek uzupełniają się z malowniczymi, układającymi się w nieproste rytmy podkładami młodszego o pokolenie wenezuelskiego producenta Arki. Czasem te komputerowe wstawki mocniej wbijają się w delikatną materię piosenek Björk („Courtship”, „Losss”), innym razem wybrzmiewają w tle („Saint”).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej