Była już gangsterską wersją Nancy Sinatry. Zmysłową starletką genialnie ogrywającą popkulturowe archetypy. Diwą hipsterskiej alternatywy i dreampopową uwodzicielką. Ale też najbardziej kontrowersyjną debiutantką dekady i wymyślonym w zaciszu gabinetu produktem przemysłu muzycznego. Na nowym albumie Lana Del Rey przyjmuje kolejną pozę, która wprawi w zakłopotanie zarówno jej fanów, jak i krytyków. Czy „Lust For Life” pozwala choć trochę zbliżyć się do prawdy o 32-letniej piosenkarce?

Nowa Lana Del Rey: patrząc z góry na Fabrykę Snów

Znów się jej udało. Znów zwróciła na siebie uwagę krytyków i fanów. Kto się mógł spodziewać, że kiedykolwiek zaśpiewa w duecie z The Weeknd? Że porzuci oniryczne brzmienie i skręci w stronę tanecznego r’n’b?

Ale zaraz, czy na pewno? Tytułowy, promujący „Lust For Life” singiel zaskakuje na pewno doborem wokalnego partnera. Całą resztę Del Rey rozgrywa jednak na typowych dla siebie warunkach. Ten numer to senna ballada, jakich nagrała już wiele. Gdy odzywa się The Weeknd, właściwie można to przegapić – jego wokal wtapia się w zmysłową, pościelową atmosferę piosenki.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej