Plac Piłsudskiego w Warszawie, jedno z najbardziej symbolicznych miejsc w naszym kraju, obrasta kolejnymi warstwami znaczeń. Między pomnikiem Józefa Piłsudskiego, Grobem Nieznanego Żołnierza i Krzyżem Papieskim (efektem nieudanego konkursu na pomnik dedykowany Janowi Pawłowi II); między budynkiem Metropolitanu, Zachętą i Sofitelem (dawnym hotelem Victoria) stanęły dwa nowe pomniki.

Pomnik Smoleński - banalny czarny monolit w kształcie schodów lub trapu samolotu - autorstwa Jerzego Kaliny oraz przeskalowany pomnik Lecha Kaczyńskiego, większy od samego Piłsudskiego. Za wiele lat będziemy na nie patrzyli jak na ślady historii. Na razie, zamiast łączyć, dzielą, i mówią o tym, kto aktualnie jest u władzy.

Tymczasem dzień przed rocznicą katastrofy i oficjalnym odsłonięciem pomnika Smoleńskiego, nieopodal, na Krakowskim Przedmieściu, ze swoją rzeźbą pojawił się artysta Paweł Althamer. Z przyjaciółmi ciągnął na wózku pień brzozy, w którym wyrzeźbił twarz prezydenta Kaczyńskiego jakby zamkniętego w brzozowym sarkofagu lub wyglądającego przez okrągłe okno rakiety kosmicznej. Na chwilę odczarował patową sytuację wokół pamięci o katastrofie i pomników.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej