"To ja byłem Vermeerem", Frank Wynne

Przeł. Ewa Pankiewicz
Rebis, Poznań

Salvador Dali, który pod koniec życia sprzedawał puste płótna ze swoim podpisem, mawiał, że ci, którzy nie chcą niczego naśladować, niczego nie stworzą. Powyższe zdanie jest tylko odrobinę sfałszowane, idealnie pasuje jednak do malarza, który akurat Dalego uważał za prymitywa z dziecinnym pociągiem do nonsensownych symboli.

Wymiar sprawiedliwości kupuje umbrę, ochrę, karmin i lazuryt

W dniu, w którym holenderska bulwarówka napisała: „Maluje, żeby ocalić życie”, Han van Meegeren dostał to, czego chciał. Aliancka komisja do spraw sztuki udostępniła mu całe piętro ocalałej z wojny amsterdamskiej kamienicy. Zadbano nie tylko o odpowiednich rozmiarów płótno, ale także o wszystko, co było niezbędne do tego, by powstało XVII-wieczne arcydzieło Vermeera z Delft. Oprócz kilku butelek alkoholu i odpowiedniego zapasu morfiny, bez której malarz „nie byłby w stanie uzyskać spokoju niezbędnego do pracy”, przedstawiciele holenderskiego wymiaru sprawiedliwości kupili umbrę, ochrę, karmin i lazuryt – komponenty farb, których trzy wieki wcześniej używał holenderski mistrz.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej