Gdy w 1959 r. wystawę Henry’ego Moore’a otwarto w Zachęcie, była jak powiew nowoczesności po latach narzucanego Polakom monopolu socrealizmu i zamknięcia na wszystko, co zachodnie. Jeszcze do niedawna artysta nazywany w prasie formalistą i degeneratem, wyśmiewany za asymetryczność swych rzeźb, pojawił się na Wisłą jako „największy żyjący rzeźbiarz”. Stanisław Jerzy Lec napisał nawet aforyzm: „Twórcą dziur jest Henry Moore”. Często ażurowe, biomorficzne bryły oraz niemal abstrakcyjne ujęcia figury ludzkiej łączyły w sobie awangardową formę i tradycję.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej