Tę historię najlepiej zacząć od końca.

Pewna rodzina w pewnej miejscowości na północnym Mazowszu, porządkując mieszkanie po zmarłym krewnym, znalazła w szufladzie dwa srebrne noże. Były brudne, zaśniedziałe, owinięte w byle jaką szmatę. Przeleżały tak kilkadziesiąt lat. Krewni sprzedali je za bezcen kolekcjonerowi. Ten jednak zorientował się, że sztućce, choć niepozorne, nie są raczej zwykłymi antykami. I dzięki tej konstatacji zrobi być może interes życia. Jak potwierdził polski ekspert, noże są częścią niewidzianego od stulecia skarbu, który rozpalał wyobraźnię kolekcjonerów, złotników i pasjonatów arcydzieł sygnowanych nazwiskiem Fabergé. Amerykański kolekcjoner chce za nie zapłacić milion dolarów.

Jajeczna obsesja

Nazwisko Fabergé kojarzy się przede wszystkim z wielkanocnymi jajkami ze złota, srebra, kamieni szlachetnych, kości słoniowej czy masy perłowej. U swego nadwornego złotnika Piotra Karola Fabergé zamawiali je od 1885 r. carowie – Aleksander III, a potem jego syn Mikołaj II. Większość tych cacek to jajka niespodzianki. Oczywiście w środku nie było plastikowych zabawek albo mikroskopijnych puzzli, to były niespodzianki na miarę carską: bogato zdobiony mechanizm, miniaturowy pałac lub jacht, figurki świętych w rodzajowej scence. Fabergé dzierżył tytuł Dostawcy Dworu Jego Królewskiej Mości, caryca nazywała go „geniuszem” i „swoim ukochanym złotnikiem”.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej