Na pewno jest efektowny. Rozgrywa się w okazałej przestrzeni poznańskiej Starej Rzeźni wystylizowanej przez Zbigniewa Liberę na nieco orientalny zamek Elsynor. Widzowie podążają za aktorami, krążąc wokół nich jak wokół eksponatów w galerii. Każdy dostaje słuchawki, na których, wybierając jeden z trzech kanałów, może śledzić jeden z kilku równoległych wątków akcji. Wreszcie na afiszu obok polsko-łacińskiego „Hamleta” jest cyrylica, tymże alfabetem zapisane są także nazwiska części obsady. Sam Hamlet to wyłoniony w castingu ukraiński aktor Roman Łucki. 

Ale jakie ma tu dramaturgiczne znaczenie to, że Hamlet jest Ukraińcem, że gra go ukraiński aktor, trochę po polsku, trochę po rosyjsku i ukraińsku? Że Gertruda, matka Hamleta-Ukraińca, szukająca zapomnienia w alkoholu, sfrustrowana i znudzona dworem, jest Rosjanką (ekspresyjna Alona Szostak), a ojczym to flegmatyczny Polak Klaudiusz grany przez Michała Kaletę. Że trupa aktorów, których Hamlet angażuje do przedstawienia historii zabójstwa swego ojca, to Ukraińcy?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej