Zaraz miną trzy lata, odkąd lokalni włodarze z Bezpartyjnych Samorządowców i PSL, przy czynnym wsparciu ministra Glińskiego, doprowadzili do upadku Teatru Polskiego we Wrocławiu. Pod dyrekcją forsowanego przez polityków Cezarego Morawskiego drastycznie spadła frekwencja, zespół został rozbity, na scenę zamiast docenianych na całym świecie przedstawień weszły chałtury z udziałem dyrektora. A żeby udało się go skutecznie odwołać, potrzebny był raport NIK, który wykazał m.in., że Morawski podpisywał z reprezentującą go agencją umowy na olbrzymie kwoty za własną pracę artystyczną w teatrze.

Choć w końcu władze regionu spróbowały naprawić swój błąd, trwa chaos. Dawna wiodąca scena w kraju przypomina ponure pobojowisko, którego – jak pokazały zgłoszenia na trwający wciąż konkurs na nowego dyrektora – nikomu z ważnych postaci polskiego życia teatralnego nie chce się sprzątać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej