„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej” - to jedno z najlepszych pierwszych zdań w polskiej fantastyce. Tak debiutujący w 1986 Andrzej Sapkowski zaprezentował czytelnikom nasz najlepszy produkt eksportowy: wiedźmina Geralta.

Zdanie to wprawdzie nie pada w gdyńskim musicalu, ale jest sparafrazowane w pierwszej piosence - jako ukłon dla tych, którzy czytali książki. Takich ukłonów jest zresztą więcej.

Oszczędna magia "Wiedźmina" 

Dla kogoś, kto je zna, teatralny „Wiedźmin” przynosi jednak świeże spojrzenie na fantasy. W kinowych i serialowych adaptacjach widzieliśmy już tyle pustoszących miasta smoków i upiornych armii w fantazyjnych zbrojach, że trudno nam czymś zaimponować.

Środki wyrazu w tym musicalu są wręcz manifestacyjnie oszczędne. Nie ma tu żadnego odpowiednika helikoptera z „Miss Saigon” czy barykady z „Les Miserables”, jest tylko stara, dobra magia teatru: ruch, dźwięk, światło, sugestia.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej