Większość polskich tekstów o „Pewnego razu... w Hollywood” skupia się na tym, ile sekund widać na ekranie Rafała Zawieruchę, ile słów pada z jego ust i dlaczego tak mało. To ze strony Tarantino ewidentny afront, że jak już zawracał panu Rafałowi głowę i odciągnął od tych wszystkich superprodukcji, w których główne role miał grać polski aktor, nie napisał pod niego scenariusza, tylko znowu te same gęby na ekranie: Pitt i DiCaprio, DiCaprio i Pitt. Pewnie po znajomości.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej