„Toy Story 4” może się wydawać przedsięwzięciem zbytecznym, ciągnięciem na siłę czegoś już zakończonego. Finał „trójki” – gdy Andy, wyrastając z ukochanych zabawek, przekazywał je kilkuletniej dziewczynce Bonnie - był wszak naturalnym, słodko-gorzkim zamknięciem całej historii. Muszę jednak przyznać, że „czwórka”, choć zrodzona z niskich, merkantylnych pobudek i w znacznym stopniu przetwarzająca stare wątki fabularne i tematyczne, wciąż trzyma poziom: jest wartka, zabawna, wzruszająca i jak na animację dla dzieci całkiem głęboka filozoficznie.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej