"Król Lew" rzeczywiście zachwyca. Do tego stopnia, że kiedy nad sawanną wstaje słońce, spodziewamy się usłyszeć raczej głos Krystyny Czubówny niż piosenkę „Krąg życia”. Lecz to wciąż disnejowska bajka, a nie przyrodniczy dokument. Simba, młody następca tronu, znów mierzy się z losem na miarę Hamleta: przez intrygi zawistnego stryja (ale też własną lekkomyślność) straci ukochanego ojca, po czym ucieknie dręczony poczuciem winy.

"Król Lew": Czar pryska, gdy zwierzęta coś mówią

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej