Pytałem kiedyś wybitnego reżysera francuskiej Nowej Fali, Erika Rohmera, czy możliwe jest dziś kino religijne, które nie byłoby kiczem. Autor „Zielonego promienia” mówił, że dla niego wzorem jest historia poszukiwania świętego Graala – podstawowy mit europejski. I porównał bohaterki swoich dwóch współczesnych filmów do poszukiwaczy Graala: urzędniczkę na wakacjach, czekającą na prawdziwą miłość (”Zielony promień”), fryzjerkę, która wciąż wierzy, że spotka mężczyznę, któremu na wakacjach podała zły adres (”Zimowa opowieść”).

W rozmowie z Rohmerem układaliśmy listę reżyserów, których można zaliczyć do „metafizycznej międzynarodówki”: Bergman, Bresson, Rossellini, Olmi, Tarkowski, Ozu, Kurosawa... W pewnym momencie Rohmer powiedział: zapomnieliśmy o Krzysztofie Zanussim.

Chyba rzeczywiście trochę o nim zapominamy, choć jego dawne filmy, zwłaszcza te z lat 70., wcale się nie zestarzały, przeciwnie, nabrały mocy.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej