Halla, bohaterka filmu "Kobieta idzie na wojnę", prowadzi podwójne życie. Łagodna, uśmiechnięta kierowniczka chóru po pracy zamienia się w nieustraszoną bojowniczkę ekologiczną – prasa, nie bez racji, nazywa ją ekoterrorystką – która przeprowadza akcje sabotażowe paraliżujące pracę huty aluminium, mającej swój udział w globalnym ocieplaniu klimatu. W pierwszej scenie, uzbrojona w łuk i strzały – niczym Artemida czy samotny indiański wojownik – doprowadza do odcięcia prądu zakładowi trucicielowi. I robi to po raz kolejny: wbrew tytułowi kobieta jest już na wojnie od dawna.

"Kobieta idzie na wojnę" i nie ucieka od ważnych pytań

Oczywiście jej działalność spotyka się z oburzeniem nie tylko kierownictwa fabryki, ale również czynników rządzących (odstrasza potencjalnych inwestorów, wpływa na wskaźniki gospodarcze itd.). Ma też reperkusje międzynarodowe: Izrael i USA oferują pomoc w jej złapaniu. Ba! Nie jest nawet „ludową bohaterką” po cichu wspieraną przez społeczeństwo. Tzw. zwykli ludzie często krytykują jej akcje, gdyż ich bezpośrednie konsekwencje są dla nich uciążliwe. Film nie ucieka więc od trudnych pytań: czy w imię nawet tak ważnego celu jak ocalenie naszej planety można lekceważyć doraźne interesy społeczne? I do jakich granic można się posunąć dla jego realizacji?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej