W nowym filmie z uniwersum MonsterVerse losy ludzkości zależą od tego, czy pewna rodzina dojdzie do ładu po żałobie. Pięć lat temu, w wyniku wydarzeń ukazanych w pierwszej „Godzilli”, Russellowie stracili syna. Małżeństwo się rozpadło. Emma poświęciła się wychowaniu córki Madison i ratowaniu świata w ramach badań agencji Monarch. Mark szukał pocieszenia na dnie butelki, a potem zaszył się w lesie. Kiedy jednak jego córka i była żona zostaną porwane przez ekoterrorystów planujących przywrócić ład natury poprzez obudzenie reszty potworów (zwanych Tytanami), będzie musiał wreszcie wziąć się w garść.

"Godzilla II: Król potworów": Ale kto tu jest potworem?

Ekspozycja się dłuży, stężenie niedorzeczności przekracza normę nawet dla podobnych produkcji, fabuła ogranicza się do przelatywania ekipy ratunkowej z jednego miejsca w drugie. Bohaterowie podejmują dziwne decyzje, ciągle zmieniają zdanie bez uzasadnienia. Naukowcy zachowują się jak Grzegorz Schetyna, który – zapytany o sposób na pokonanie PiS – powiedział: „Uważam, że ten pomysł jest. Tylko trzeba go znaleźć”. Ostatecznie wszystko sprowadza się do pytania nie tyle, czy ludzie i prehistoryczne monstra mogą żyć w symbiozie, ile kto tu właściwie jest potworem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej