Producenci kochają filmy o gwiazdach muzycznych, bo zarabia się podwójnie: na samym filmie i na płytach z przebojami. „Rocketman” Dextera Fletchera, którego bohaterem jest Elton John (w istocie Reginald Dwight, rocznik 1947), uniknął jednej znaczącej pułapki. Tego typu filmy wywołują zwykle protesty osób z rodziny gwiazdy lub kręgu jej przyjaciół niezadowolonych ze sposobu, w jaki ją sportretowano. Najczęściej chodzi o uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Dlatego w „Last Days” (2005) Gusa Van Santa niby mamy do czynienia z Kurtem Cobainem z Nirvany, tyle że przedstawiony tu muzyk zwie się Blake (Michael Pitt).

Elton John wyprodukował film o sobie samym, więc miał pełną kontrolę nad tym, jak wygląda w nim… Elton John (Taron Egerton). I chyba nikt nie będzie publicznie protestował, zwłaszcza tekściarz i przyjaciel Johna Bernie Taupin (Jamie Bell). Swoją drogą, to ciekawe, że w tym ducie najpierw powstawał tekst, a dopiero później pasująca do niego muzyka. Dokładnie tak samo jak działo się w Kabarecie Starszych Panów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej