Nie było agresywnej, kosztownej kampanii reklamowej. Nikt nie pompował balonu oczekiwań choćby porównywalnego z tym, który towarzyszył premierze ostatniej odsłony „Gry o tron”. A jednak emitowany mniej więcej w tym samym czasie „Czarnobyl” – nomen omen – zdetronizował opowieść o tyrankach z Westeros, ich dzielnych rycerzach, budzących grozę smokach i mrożonych zombiakach zza muru. W serwisie IMDb jest obecnie najwyżej ocenianym serialem telewizyjnym wszech czasów – zgarnia 9,7 punktów na 10 i wyprzedza m.in.: „Kompanię braci” (9,5), „Breaking Bad” (9,5), „Grę o tron” (9,4) i „The Wire” (9,3). Czy zasłużenie? Historia oceni. Dlaczego akurat ten serial, dlaczego właśnie dziś? Mam pewną teorię…

Oczywiście to świetne telewizyjne rzemiosło. Po pomysłodawcy serialu i autorze scenariusza Craigu Mazinie może tak wysokich lotów bym się nie spodziewał – wcześniej pracował przy projektach w rodzaju „Kac Vegas w Bangkoku” – ale już reżyser Johan Renck to prawdziwy wyjadacz. Doświadczenie nabywał zarówno przy topowych serialach (m.in. „Breaking Bad”, „Wikingowie” i „Bloodline”), jak i teledyskach (m.in. Davida Bowiego, Beyoncé i Madonny). Pewnie jemu zawdzięczamy tak sugestywną współpracę godnych horroru zdjęć z równie niepokojącą, piękną muzyką (to Hildur Guðnadóttir, współpracowniczka Sunn O))) i Jóhanna Jóhannssona). Świetnie prowadzi też aktorów, ze znakomitym Jaredem Harrisem (w roli naukowca Walerija Legasowa) na czele. To wszystko ważne, ale przecież za mało. Jest wiele seriali równie dobrze napisanych, zagranych, pięknie sfotografowanych, które nie porywają tłumów. Sukces „Czarnobyla” moim zdaniem bierze się przede wszystkim z tego, że trafił do nas w najlepszym momencie. Najlepszym dla serialu, bo my nie mamy się z czego cieszyć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej