Czytaj codzienne relacje z Cannes na Wyborcza.pl

Przed chwilą skończyła się projekcja bodaj najbardziej wyczekiwanego filmu tegorocznego Cannes; Quentin Tarantino montował go niemal do ostatnich chwil przed premierą. W napisach końcowych - żółte litery tytułu: "Once Upon a Time in Hollywood". Ekran w oldschoolowych kolorach technologii DeLuxe. Tarantino przenosi mnie w końcówkę lat 60., kiedy na taki film szedłem do kina, obawiając się, że mnie nie wpuszczą, bo dozwolony był od np. 14. roku życia.

Ten film jest jednak w jakimś sensie dla dzieci, co do pewnego momentu trochę rozczarowuje, a w końcu wzrusza. I to bardzo, w każdym razie mnie. Choć jest to wzruszenie nieco spielbergowskie. Zwłaszcza ujęcie otwierającej się bramy domu przy Cielo Drive 10050, gdzie mieszkali Sharon Tate i Roman Polański.

"Pewnego razu... w Hollywood" a doktor Sapirstein

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej