Festiwal w Cannes jest czymś więcej niż tylko kolekcją lepszych i gorszych filmów, „katastrof” i „arcydzieł”. W przeżywaniu festiwalu jako całości liczy się coś jeszcze: nieustanna huśtawka świadomości, jakiej jesteśmy poddani.

Ten festiwal autorów ma wielki respekt dla reżyserów idących własną drogą, pod prąd. Wolność ceni się tu bardziej niż polityczną poprawność. Cannes poddaje nas swego rodzaju terapii świadomości, zmusza do elastyczności, do przyjmowania nawet odległego punktu widzenia.

W roku 2011 na tym „lewackim” festiwalu – jak bywa czasem w Polsce określany – o Złotą Palmę konkurowały dwa filmy: nihilistyczna „Melancholia” Larsa von Triera i mistyczne „Drzewo życia” Terrence’a Malicka. Wygrał Malick. Outsider amerykańskiego kina, autor „Niebiańskich dni” i „Cienkiej czerwonej linii”, po latach milczenia zadziwiał i drażnił swymi wizjonerskimi filmami, o których powiedzieć, że są religijne, to mało. Były robione niemal z pozycji Pana Boga.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej