Codzienne relacje Tadeusza Sobolewskiego z Cannes na Wyborcza.pl

Przed nami film Tarantino, ale Cannes jest wciąż zahipnotyzowane przez Almodóvara i jego film „Ból i blask” mający opinię jego arcydzieła. Dziennikarze prześcigają się w porównaniach filmu Almodóvara do wielkich filmów z przeszłości będących zakamuflowanymi  autoportretami reżysera: „Tam, gdzie rosną poziomki” Bergmana, „Osiem i pół” Felliniego, „Zwierciadło” Tarkowskiego... Obiektem porównań jest też „Cinema Paradiso”. Ale te porównania niewiele mówią. Almodóvar nie jest epigonem, ale artystą nowych czasów.  

W filmie Felliniego „Osiem i pół” - który podobnie jak „Ból i blask” mówi o reżyserze w stanie kryzysu - jest scena rozgrywająca się w salce projekcyjnej. Podczas przeglądu materiałów do zarzuconego filmu reżysera ktoś szepce: „To jego własne życie...”.

Dziś nie jest żadną tajemnicą, że artysta jawnie eksploatuje siebie, staje się własnym psychoanalitykiem, dotykając sfer, które stanowiły najgłębsze tabu: homoerotyzmu. Na projekcji „Bólu i blasku” Pedro Almodóvara nikt nie szepnie: „To jest o nim”. Reżyser „Wszystkiego o mojej matce” nie zrobił filmu „o sobie”, który oglądalibyśmy od zewnątrz, z bezpiecznej pozycji widza spowiednika. Nie, on chce od nas czegoś więcej: współudziału w tym „grzechu”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej