Jeżeli pięć odcinków wielkiego finału wpędziło nas w konsternację, rozpacz bądź wściekłość – melodramatyczny koniec wynagrodził jeśli nie wszystko, to wiele. Scena, w której Jon Snow zabija kobietę swego życia, wypowiadając przy tym patetyczne słowa „Jesteś moją królową, teraz i zawsze” to bodaj najbardziej satysfakcjonująca śmierć w całym serialu. Moja prywatna satysfakcja jest taka, że od dłuższego czasu podejrzewałem, że szlachetna Daenerys to w istocie niezła zdzira, jej tyrady o wyzwalaniu ludzi i niesieniu wolności od dawna kazały podejrzewać, że mamy do czynienia z bezwzględną, chorą z ambicji zabójczynią, która do władzy pójdzie po trupach nawet kobiet i dzieci.

Losy pozostałych głównych bohaterów też potoczyły się lepiej, niż można się było spodziewać. Słowem wzruszenie ściskające gardło i nadzieja na rządy sprawiedliwości. Czy twórcy „Gry o tron”, decydując się na hollywoodzkie łzawe zakończenie i oszczędzając nam traumy z powodu śmierci ukochanych postaci, nie zawiedli nas na całej linii?

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej