"Może nikt się nie zorientuje?" - tak pewnie szefowie wytwórni The Asylum uspokajają się na spotkaniach zarządu. Powiedzieć, że mają niezły tupet, to trochę za mało.

Od 20 lat pożyczają cudze pomysły i próbują podpiąć się pod sukces wielkich kinowych hitów. Tym razem na cel wzięli disnejowskiego "Aladyna" i rzucili rękawicę (a właściwie rękawiczkę) wielkiemu studiu.

Różnic jest na pierwszy rzut oka niewiele. Bohaterem obu filmów jest bystry złodziejaszek, którego los odmienia się za sprawą czarodziejskiej lampy i pyskatego dżina. Z pomocą magii chce zdobyć serce pięknej księżniczki, a kłody pod nogi rzuca mu podły wezyr.

Za jedną z tych produkcji stoi jednak wielka wytwórnia, która nie szczędziła grosza, za drugą - studio The Asylum słynące z wypuszczania swoich tanich zamienników droższych filmów w nadziei, że ktoś nie zauważy różnicy i nieopatrznie je obejrzy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej