Tego oczywiście zdradzić nie mogę. Na pewno pora pogodzić się, że wydarzenia z filmu „Avengers: Wojna bez granic” to nie był, niestety, żaden zły sen. Thanos naprawdę spełnił złowrogą obietnicę: za pstryknięciem palców połowa populacji wszechświata rozpłynęła się w powietrzu. Los ten podzieliło wielu superbohaterów.

Ci, którzy pozostali przy życiu, próbują teraz, każdy na swój sposób, poradzić sobie ze stratą, poczuciem winy albo – jak Tony Stark z Nebulą uwięzieni gdzieś w otchłani kosmosu – z wyjątkowo paskudnym położeniem. Gdyby tak tylko można było cofnąć czas i zapobiec katastrofie, podejmując tym razem właściwe decyzje… ale cóż, „mądry Avenger po szkodzie”. Wydaje się więc, że pozostaje jedno wyjście: dopaść Thanosa. Łatwo powiedzieć, trudniej podnieść się po dotkliwym ciosie, w dodatku w mocno okrojonym składzie. Przydałoby się wsparcie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej