Wyobraźmy sobie taką scenę: Sherlock Holmes rozparty w fotelu pyka fajkę. Po jego salonie na Baker Street 221B krąży nerwowo hollywoodzki producent. Pot spływa mu po skroni. Mówi o porwanych aktorach i beztalenciach podstawionych na ich miejsce, skradzionym scenariuszu, serii sabotaży ekipy filmowej, 42 mln dol. zatopionych w produkcji i tragedii, która spotkała wszystkich zaangażowanych. Wbrew pozorom to nie jest kolejna historia spisana przez doktora Watsona, wiernego kronikarza słynnego detektywa. To opowieść o "Holmesie & Watsonie", najgorszym filmie ubiegłego roku.

Sherlock Holmes śmieje się z Donalda Trumpa

Komedia "Holmes & Watson" premierę miała sześć dni przed sylwestrem 2018. To wystarczyło. W czasie rozdania Złotych Malin, czyli nagród dla największych filmowych gniotów ubiegłego roku, film Etana Cohena triumfował, zgarniając statuetki w kategoriach: najgorszy film, najgorszy aktor drugoplanowy (John C. Reilly), najgorszy reżyser i najgorszy "remake, sequel lub zrzynka". Daleko za sobą zostawił faworytów sezonu - mafijnego "Gottiego" z groteskowym Johnem Travoltą w roli tytułowej i fatalną komedię "Rozpruci na śmierć", w której dwoje detektywów musi schwytać mordercę, nie zwracając uwagi na to, że jedno z nich jest kukiełką.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej