Codziennie korespondencje z 69. festiwalu w Berlinie znajdziecie tutaj

Mamy tu kino akcji – amerykańską z ducha historię walijskiego dziennikarza, który w latach 30. odkrywa Hołodomor. Gareth Jones był jednym z niewielu reporterów, którzy zrobili zdjęcia ofiarom Wielkiego Głodu na Ukrainie wywołanego przez Stalina. Mimo całej grozy byłaby to historia optymistyczna, napędzana symbolicznymi obrazami mknącej w przyszłość lokomotywy. Na przekór kłamstwu zwycięża prawda, którą reprezentuje prostolinijny Mr. Jones.

I tylko z napisów końcowych dowiadujemy się, że nie uszło mu to płazem – ludzie Stalina dopadli go potem w Mandżurii.

"Obywatel Jones": dokąd wiezie nas parowóz dziejów?

Jednak Agnieszka Holland nasyciła tę historię tragiczną ironią. Wychowana na kinie „szkoły polskiej” na własnej skórze poznała totalitaryzm. Gdy ogląda się „Obywatela Jonesa”, można pomyśleć o jej ojcu Henryku szykanowanym za rozpowszechnianie tajnego raportu o zbrodniach Stalina. A także o jej okupionym więzieniem udziale w przemycie zakazanej literatury podczas Praskiej Wiosny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej