Codziennie korespondencje z 69. festiwalu w Berlinie znajdziecie tutaj

Tadeusz Sobolewski: Walijski dziennikarz Gareth Jones, który wcześniej przeprowadził wywiad z Hitlerem, w 1933 r. jedzie do Moskwy. Chce zrobić wywiad ze Stalinem. Tak zaczyna się „Obywatel Jones”. Oglądając go, myślałem o innym twoim filmie sprzed lat - „Europa, Europa”. Jest tam scena sennego koszmaru, w której tańczą ze sobą Hitler i Stalin. Wtedy wydawało się, że to jest pożegnanie XX w., epoki totalitaryzmów, i że otwiera się przed nami całkiem nowy rozdział. To było złudzenie?

Agnieszka Holland: „Europę, Europę” kręciłam w 1989 r. Było w tym coś symbolicznego. Wydawało się nam, że wychodzimy z ciemnego tunelu i że teraz będzie już tylko lepiej. Fukuyama rzucił wtedy słynne hasło „koniec historii". Pozostaje jedynie wyciągnąć wnioski z tego, co nam się przydarzyło.

„Obywatela Jonesa” robiłam w zupełnie innym, mrocznym świecie, w którym panuje nastrój wielkiej niepewności, narasta katastrofizm. Historia powróciła w taki sposób, że zaczęliśmy wierzyć, że uaktualnia się w niej jakieś metafizyczne zło.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej