Świat się zmienia, ale Dieter Kosslick nie. Ustępujący po 18 latach dyrektor berlińskiego festiwalu powtarza to samo co przed poprzednimi edycjami: „Nasze filmy was zelektryzują”. Wymienia długą listę współczesnych problemów, o których mówią konkursowe filmy. Zapowiada więc dyskusję o równouprawnieniu płci, z dumą zwraca uwagę na to, że spośród 17 produkcji walczących o Złotego Niedźwiedzia siedem wyreżyserowały kobiety. I przypomina, by w festiwalowych miejscach nie używać jednorazowych kubeczków.

Ambicją Kosslicka było odmalowanie panoramy chorób, które toczą dziś ludzkość, oraz uruchomienie debaty o możliwościach ich pokonania. Wyraziste diagnozy kondycji świata są Berlinowi bardzo potrzebne, bo pod względem wielkich nazwisk, zarówno aktorskich jak i reżyserskich, impreza nie może się mierzyć z Cannes (w tym roku największe gwiazdy kina będzie można na Berlinale policzyć na palcach jednej ręki), w kategorii odkryć znacząco zaś ustępuje Wenecji. A przecież nie chce zostać w ogonie.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej