Daleki jestem od polityki, od chybionych utyskiwań, że Polska PiS-u przypomina PRL. Przyznaję jednak, że zachwyty nad polskim kinem w roku 2018 przypominają mi trochę gierkowską propagandę sukcesu.

Nie byłem na 43. festiwalu w Gdyni, lecz obejrzawszy nagrodzone na nim filmy, uznałem, że większość z nich została medialnie przeszacowana. Łącznie ze zwycięzcą, „Zimną wojną” Pawła Pawlikowskiego, wybraną właśnie w Sewilli na najlepszy film europejski.

Mistrz Wajda mawiał, że jedną z dwóch najważniejszych rzeczy potrzebnych do tego, by film się udał, jest trafiona obsada. „Zimna wojna” opowiada o długotrwałej namiętności między parą bohaterów, której nic nie jest w stanie zmóc. Tyle że między grającymi główne role aktorami w ogóle nie czuje się tzw. chemii.

Nie wierzę, że wyrazista Joanna Kulig obchodzi tu mniej wyrazistego Tomasza Kota. To istotny defekt i nawet największe światowe laury go nie usuną.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej