- Polska leży w Europie - mówił Krzysztof Kieślowski w 1988 r. podczas pierwszej gali Europejskich Nagród Filmowych, gdy tytuł najlepszego filmu zdobył jego „Krótki film o zabijaniu”. Te słowa mógłby powtórzyć Paweł Pawlikowski, który w sobotnią noc otrzymał w Sewilli tę samą nagrodę. Sukces „Zimnej wojny” jest bezapelacyjny: aż pięć statuetek.

Europejska Akademia Filmowa urządziła święto europejskiej kinematografii już po raz 31. W tym czasie był jeszcze tylko jeden polski film roku: cztery lata temu w Rydze wyreżyserowana przez Pawlikowskiego „Ida”, późniejsza laureatka Oscara, zdobyła również pięć nagród, w tym tę najważniejszą.

W tym roku członkowie Europejskiej Akademii Filmowej oprócz docenienia samej „Zimnej wojny” ponownie uznali Pawlikowskiego za najlepszego reżysera i scenarzystę. Pierwszy laur odebrał z rąk francuskiej aktorki Emmanuelle Seigner (prywatnie żony Romana Polańskiego; stąd jej żart, że „ma sporo do czynienia z reżyserami”), drugi od Vicky Krieps, gwiazdy filmu „Nić widmo”. Polak żartował ze sceny: - Czuję się tu jak oszust, bo powstały jakieś 193 wersje tego scenariusza. Jestem właściwie antyscenarzystą, uwielbiam pisać i robię to cały czas.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej