Na zakończonym prawie tydzień temu 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni głośno było zwłaszcza o „Klerze” Wojtka Smarzowskiego. Część mediów trąbiła, że był najlepszy, pytając jednocześnie – czy jury, w czasach PiS-u, odważy się nagrodzić Złotymi Lwami film godzący w Kościół? Nie odważyło się.

Dziś „Kler” wchodzi do kin, więc każdy może się przekonać, czy zachwyty nad nim nie były przesadzone. Ja tymczasem, przejrzawszy ponownie historię gdyńskiego, a wcześniej gdańskiego festiwalu, wygrzebałem pięć filmów, które także być może „powinny były” tam wygrać – tak przynajmniej wydaje się z dzisiejszej perspektywy – lecz nie wygrały.

Tu znajdziesz wszystkie odcinki z cyklu „Filmowy weekend »Wyborczej«”

1. „Przepraszam, czy tu biją?” (1976) Marka Piwowskiego

Wtedy na festiwalu nie przyznano Złotych Lwów. Piwowski dostał tylko Nagrodę Główną, którą poza „Przepraszam, czy tu biją?” wręczono jeszcze trzem innym filmom, w tym nieudanej „Smudze cienia” Andrzeja Wajdy. Wajda powiedział wtedy, że robota Piwowskiego jest nieporównanie lepsza od jego własnej, i miał rację. Dwaj byli bokserzy – Jerzy Kulej i Jan Szczepański – w rolach milicjantów plus paradokumentalna intryga ostra jak brzytwa – to się wciąż znakomicie ogląda. Uwielbiam scenę, w której Kulej odbiera obiad w milicyjnej stołówce bez kolejki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej