„Nienawidzę Żydów, Meksykanów i Irlandczyków. Włochów i Chińczyków. Ale, jak Boga kocham, naprawdę mnie wszystko ściska na te czarne szczury!” – krzyczy czarnoskóry policjant do słuchawki. I kwituje: „Niech Bóg błogosławi białą Amerykę”, a wszyscy na posterunku zwracają wzrok w jego stronę. A przecież wcześniej Ron Stallworth najwięcej przejawów rasizmu doświadczył właśnie ze strony kolegów. Codziennego, banalnego, pomijanego śmiechem.

Czarny w Ku Klux Klanie

Spike Lee sięgnął po prawdziwą historię. W „Czarnym bractwie. BlacKkKlansman” portretuje pierwszego Afroamerykanina, który w 1972 r. wstąpił do policji w Colorado Springs. Telefonicznie nawiązał kontakt z członkami Ku Klux Klanu i zyskał ich zaufanie. Na spotkaniach z przedstawicielami bractwa twarzą w twarz zastępował go inny funkcjonariusz – amerykański Żyd Filip Zimmerman.

Jednak Spike Lee daleko odchodzi od szorstkiego realizmu. Wobec rasizmu wytacza ciężką broń – ironię. Ekran wypełnia feerią barw, szybki rytm jego opowieści wyznacza muzyka z lat 70., a w ustach Adama Drivera i Johna Davida Washingtona (syna Denzela, który u Lee wcielił się w tytułową rolę w „Malcolmie X”) świetnie brzmią lekkie, błyskotliwe dialogi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej