Nieczęsto się zdarza, by na festiwalu krytycy, widzowie i jury byli tak zgodni. Dziennikarze przyjęli werdykt owacją, a Guillermo del Toro, przewodniczący gremium oceniającego filmy konkursu głównego, zdradził kulisy decyzji: – Podjęliśmy ją w anonimowym głosowaniu jednogłośnie: dziewięć do zera.

W czasach gdy publiczną debatą rządzi krzyk, na Lido zwyciężył film skromny, cichy, delikatny. Ale szacunek do ludzi i subtelność, z jaką Alfonso Cuarón pokazuje uczucia, nie odbierają „Romie” wyrazistości. Reżyser wrócił do wspomnień ze swojego dzieciństwa, kiedy gosposia w rodzinnym domu, jak sam mówi, stała się jego „drugą matką”. Po latach odkrył, jak mało tak naprawdę o niej wiedział. Wrócił więc do lat 70., do ludzi i miejsc swojego dorastania. Ale również do społeczno-politycznej rzeczywistości Meksyku.

Cleo jest pomocą domową zatrudnioną u zamożnej rodziny z klasy średniej. – W Meksyku związek między klasą, do której się należy, a pochodzeniem etnicznym i rasowym, jest nierozerwalny – komentuje Cuarón. – Moja bohaterka jest potrójnie wykluczona: ekonomicznie, jako Indianka i jako kobieta.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej