Codzienne relacje Krzysztofa Kwiatkowskiego z festiwalu na Wyborcza.pl/wenecja

Blichtr festiwalu w Wenecji jest inny niż ten z canneńskiego Croisette. Skromniejszy, ale za to elegantszy, pokryty szlachetną patyną dawnej świetności Lido. Tu gwiazdy z wodnych taksówek wychodzą na trap w przystani zabytkowego hotelu Excelsior, a organizatorzy eksponują fotografie spacerujących po bulwarze Marconiego wielkich artystów – Felliniego, Viscontiego, Mastroianniego czy Sophii Loren.

Na potrzeby imprezy odżył zniszczony przez deweloperów hotel Des Bains, w którym Visconti kręcił „Śmierć w Wenecji”, a tuż obok Pałacu Festiwalowego wznoszą się piękne zabytkowe wille. W swoim czasie należały do arystokracji, przeżyły czasy Mussoliniego, aż w XXI w. stały się letnimi rezydencjami zamożnych Włochów.

Vanessa? Która Vanessa?

Ten uśmiech historii czuje się na festiwalu. Impreza z wielką atencją celebruje Złote Lwy za osiągnięcia życia dla mistrzów kina. Gdy siwowłosa Vanessa Redgrave wchodziła na czerwony dywan, zewsząd rozległy się okrzyki łowców autografów: „Vanessa, Vanessa!”. A ona rozglądała się, jakby podejrzewała, że gdzieś obok stoi Vanessa Paradis albo choćby Vanessa Hudgens.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej