Już przy pierwszej części „Ant-Mana” (2015) dało się odczuć, że superbohaterskie produkcje Marvel Studios wypadają ciekawiej, gdy rozgrywają się w mniejszej skali. I wcale nie chodzi tu o to, że bohater potrafi na zawołanie zmniejszać się do rozmiarów nie tylko mrówki, ale nawet cząstek kwantowych. Ratowanie świata, najeźdźcy z kosmosu, zbuntowane roboty-zabójcy... Wszystko to blednie przy zderzeniu superherosów z prozą życia.

Scott Lang (wiecznie młody Paul Rudd) to pospolity włamywacz, który w pierwszej części przypadkiem wpada na doktora Hanka Pyma (Michael Douglas) i jego córkę Hope (Evangeline Lilly). Pym, genialny naukowiec, pracując lata temu dla wywiadu, stworzył kombinezon umożliwiający noszącemu zmianę rozmiaru i stanie się Ant-Manem (czyli człowiekiem-mrówką). Agenci mikroskopijnych rozmiarów? To lepsze niż jakikolwiek kamuflaż!

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej