Za życia Bergmana do jego domu nie było dostępu. Mieszkańcy wyspy Faro pytani o drogę wskazywali turystom mylny kierunek. Dziś reżyserzy pielgrzymują tu, żeby usiąść przy stole w pracowni twórcy „Persony”.

Nikt przed Bergmanem tak otwarcie nie odwoływał się w filmach do własnej biografii. Jak pisał w książce „Obrazy”, jego filmy były poczęte „w trzewiach duszy, w sercu, w mózgu, w nerwach, w genitaliach, a przede wszystkim w jelitach”.

Pierwszą bergmanowską introspekcją był film „Tam, gdzie rosną poziomki” z 1957 r. – pierwowzór wielu filmów ukazujących symbolicznie podróż przez życie, które u Bergmana często okazuje się fiaskiem (świetny pastisz „Poziomek...” dał Woody Allen w filmie „Przejrzeć Harry’ego”). Profesor Borg jedzie ze Sztokholmu do Lund na swój jubileusz. „Ulepiłem postać – mówi Bergman – która przypominała mojego ojca, a którą byłem ja sam”.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej