Po Cannes, a przed polską premierą napisano o „Zimnej wojnie” wiele słusznych rzeczy. Wydaje mi się tylko, że czasem przesadnie usiłowano wyciągać z tego filmu wnioski polityczne. „Zimna wojna” nie jest filmem politycznym, tak jak nie było nim „Jak być kochaną” Wojciecha Hasa. To kino z gatunku noir, opowieść o fatalnym przywiązaniu, życiu zmarnowanym tyleż przez zimną wojnę, co przez miłość do femme fatale z Zespołu Pieśni i Tańca „Mazurek”.

Pawlikowski zaraża widza tą złą miłością. Tematem klasycznych kinowych melodramatów – jak „Casablanca” Michaela Curtiza czy „Spotkanie” Davida Leana – tak naprawdę są rozstanie, poświęcenie miłości na rzecz innej wartości.

„Zimna wojna” mówi o tym, że nie da się być razem ani rozstać. Ten film – z pozoru prosty jak przewijająca się w nim piosenka z repertuaru Mazowsza o miłości dwóch serc, „co płakały we dnie, w nocy” – działa z nową siłą przy każdym obejrzeniu.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej