To już drugi z tzw. spin-off movies, czyli filmów towarzyszących „Gwiezdnym wojnom” rozpisanych na razie na dziewięć części. W fabule „Łotr 1” (2016) Garetha Edwardsa chodziło o to, by opowiedzieć, kto i jak zdobył plany Gwiazdy Śmierci, którą Luke Skywalker unicestwił jednym strzałem w „Gwiezdnych wojnach: Nowej nadziei” (1977). Dzięki temu scenarzyści mogli fantazjować do woli, tworząc nowe postaci.

W filmie Howarda było o wiele trudniej, gdyż trzeba się było wpasować w to, co już wiemy o jego bohaterze: jak wygląda, jak się zachowuje i że ma łobuzerski wdzięk Harrisona Forda. Chodziło po prostu o stworzenie przekonującej genealogii kosmicznego przemytnika-megalomana, która wytłumaczyłaby jego późniejsze życiowe wybory.

Face to face z Chewbaccą

Pewne elementy fabuły były niejako oczywiste. Han Solo (Alden Ehrenreich) musiał spotkać gigantycznego Chewbaccę (Joonas Suotamo), który w przyszłości przez wiele lat będzie jego drugim pilotem. Musieliśmy też zobaczyć, jak Solo zaciąga się do szkoły pilotów, a potem wchodzi w posiadanie Sokoła Millennium. Żeby zdobyć ukochany pojazd kosmiczny, musi nawiązać znajomość z zajmującym się szmuglem Lando Calrissianem (Donald Glover). Te wątki poprowadzone są bardzo sprawnie, zwłaszcza pierwsze face to face Solo z Chewbaccą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej